Pentagram Monster P430-1 - potyczka z potworem [test]

Pentagram Monster, top (fot. Marcin Warwaszyński)

Pentagram Monster, top (fot. Marcin Warwaszyński)

Ten artykuł ma 4 strony:

Test Monster P430–1 — część #1

„The Perfect Simplicity” głosi dumnie napis na czarnym pudełku, w którym dotarł do mnie Monster P430–1. Jak się okaże z perfekcją niewiele smartfon ma wspólnego, ale zabawy miałem z nim co nie miara. W środku, prócz „potworka” znajdziemy modułową ładowarkę, proste słuchawki i dokumenty. Słuchawki dołączone do zestawu są najzwyczajniejsze w świecie — wykonane z dość tandetnego plastiku, oferują dźwięk płaski, który degraduje jakość muzyki, którą chcemy posłuchać. Ładowarka wygląda jak tani, chiński zamiennik, z krzywym gniazdem USB.

Pentagram Monster P430-1, tył (fot. Marcin Warwaszyński)

Potwór z krwi i kości

Sam telefon urodą przypomina właśnie potwora. Jest wielki i nieokrzesany — jakby ociosany tępym narzędziem z dużego bloku plastiku albo efekt kopulacji Krakena z radzieckim czołgiem. Waży do tego sporo, dzięki czemu może być spokojnie użyty w celu samoobrony. Tylna klapka ma fakturę, która przypomina militarne opancerzenie. Cały smartfon jest wykonany z plastiku, którego jakość nie sprawia tak tandetnego wrażenia jak niektórych tanich Samsungów czy LG, testowanych przeze mnie. Na plus należy zaliczyć niezłe spasowanie, co sprawia, że całość nie trzeszczy i nie ugina się w dłoniach.

Pentagram Monster P430-1, homescreen

Niestety nie mogę wykonania ocenić pozytywnie z jednego ważnego powodu - nie znajdziemy tutaj powłoki ochronnej Gorilla Glass. W ten oto piękny sposób przód „potwora” niszczy się momentalnie. Ekran rysuje się od byle zahaczenia o cokolwiek metalowego (np. guziki lub inne elementy na spodniach w okolicach kieszeni). Jeżeli wrzucimy go luzem do plecaka z czymś innym niż szaliki i ręczniki (i wcale nie muszą to być klucze czy śrubki!) możemy być pewni, że wyciągniemy go z uszczerbkami przy krańcach. Po dwóch tygodniach normalnego użytkowania na smartfonie zostały ślady dość potężnej eksploatacji. Nie wyobrażam sobie co z Monstera zostanie po dwóch latach.

Danse Macabre, czyli pierwsze uruchomienie

Gdy włączamy zwyczajnego smartfona wita on nas ekranem bootowania, miłym intro (np. Samsung) i przechodzi do systemu. W przypadku Monstera po chwili na ekranie pojawia się wściekle czerwony obrazek z potworem przypominającym Hell Boy’a, a towarzyszy temu heavy metalowy riff. Brzmi to i wygląda przekomicznie, ale za pierwszym razem przysięgam, iż się przestraszyłem. Cieszę się, że nie przyszło mi uruchamiać tego smartfonu u babci w kuchni. Miałbym ją na sumieniu, to prawie pewne.

Zobacz również: HTC One M9 w naszych rękach

Kontynuuj czytanie na kolejnych stronach:

Podziel się:

Przeczytaj także: